Czy Polsce grozi wojna?

A może największego zagrożenia wciąż nie dostrzegamy?
Autorski komentarz strategiczny | Projekt WXC Intel&Security
Od kilku lat, szczególnie po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, wraca pytanie: czy Polsce grozi wojna? Nie chcę sprowadzać odpowiedzi do obrazu rosyjskich czołgów jadących na Warszawę. Zagrożenie może przybrać inną postać: ograniczonej konfrontacji militarnej, politycznego szantażu i długotrwałego osłabiania naszej samodzielności.
Przedstawiam hipotezę, nie informację o potwierdzonym planie Kremla. Rozdzielam to, co można zaobserwować, od scenariuszy, które warto analizować właśnie dlatego, że ich konsekwencje byłyby poważne.
Wojna jako brutalne laboratorium
A co, jeśli wojna w Ukrainie, poza oczywistymi celami imperialnymi i terytorialnymi, stała się również dla Rosji poligonem sprawdzania technologii, taktyki, logistyki i odporności państw zachodnich? Z perspektywy czasu twierdzę, że mogła to być jedna z głównych przyczyn. Moskwa jest znana z poświęcania swoich obywateli w imię „wyższych celów” i zdecydowanie zdolna do tego. Uważam, że rosyjskie dowództwo wykorzystuje konflikt do uczenia się: sprawdza skuteczność uzbrojenia, systemów bezzałogowych, walki radioelektronicznej, dowodzenia i mobilizacji.
Jednocześnie rozpoznaje Zachód: tempo decyzji, zdolności produkcyjne, możliwości uzupełniania zapasów, reakcję na eskalację i granice politycznej solidarności. Taka wiedza ma znaczenie strategiczne. Trzeba jednak pamiętać, że także Ukraina i państwa NATO uczą się na doświadczeniach tej wojny, choć w przypadku Europy, nie wliczając w to Polski, Państw Bałtyckich i Finlandii, nie wiem czy nie zbyt wolno przebiega ta nauka i wyciąganie wniosków.
Rosja się przeliczyła. To nie znaczy, że jest niegroźna
Moim zdaniem Rosjanie przeszacowali własny potencjał i nie docenili ukraińskiego oporu. Być może na początku wojny mogli liczyć na większe zaskoczenie i słabszą reakcję Europy. Nie oznacza to jednak, że byliby w stanie pokonać NATO, ale w tamtym czasie byli jeszcze w stanie częściowo dyktować warunki. Na szczęście dla nas, przeświadczeni o wielkości swojej armii, przespali ten moment. Dziś pełnoskalowa inwazja na Polskę czy Finlandię wydaje mi się mniej prawdopodobna niż inne formy presji, ale nie niemożliwa, mimo że z pewnością nie osiągnęłaby zakładanych celów operacyjnych czy taktycznym w rozumieniu czysto wojskowym.
Nie wolno przy tym mylić ograniczonych możliwości przeprowadzenia wielkiej ofensywy z brakiem zdolności do wywołania lokalnego kryzysu. Nawet przeciwnik, który nie może wygrać wojny totalnej, może próbować uzyskać korzyści strategiczne i polityczne za pomocą krótkiej, ograniczonej eskalacji.
Ograniczona wojna jako instrument negocjacyjnego szantażu
Wyobraźmy sobie ograniczony incydent zbrojny na obrzeżach obszaru NATO: lokalne starcia, groźby rakietowe, drony, zakłócenia infrastruktury, operacje informacyjne. Moskwa nie musi planować marszu na stolicę. Może chcieć sprawdzić, czy sojusznicy potrafią szybko i wspólnie odpowiedzieć.
Po wywołaniu kryzysu Rosja ogłasza: „Zatrzymajmy walki, chcemy negocjować”. W zamian żąda ograniczenia obecności wojskowej USA, nowych zasad rozmieszczenia sił albo faktycznego uznania jej szczególnych interesów w Europie Środkowo-Wschodniej.
To scenariusz ryzykowny także dla samej Rosji, ale nie niemożliwy. Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego przewiduje wspólną odpowiedź na zbrojny atak, choć nie oznacza automatycznie identycznego działania militarnego wszystkich sojuszników. Rosja musiałaby liczyć się z możliwością zdecydowanej reakcji NATO i niekontrolowanej eskalacji, jednakże Moskwa również wie, że aby podnieść Artykuł 5 musi być jednomyślność (dezyzja zapada na zasadzie konsensusu), z czym mogłoby być trudno, zwłaszcza w świetle trwającej operacji informacyjnej i operacji z obszaru działań wywrotowych, w tym agentury wpływu. Co to oznacza? Po prostu to, że niektóre z państw, w obawie o dalszą eskalację mogłyby zwlekać lub po prostu wycofać sie z uruchomienia Artykułu 5. Właśnie dlatego przedstawiam ten scenariusz jako scenariusza prawdopodobny i jeden z wariantów, które należy uwzględniać w planowaniu i przygotowaniu Polski na zagrożenia.
Celem ograniczonej wojny nie musi być zdobycie terytorium. Może być zmuszenie przeciwnika, aby negocjował warunki własnego bezpieczeństwa.
Czy można utracić suwerenność bez utraty granic?
Moje obawy dotyczą również możliwej presji na zmianę architektury bezpieczeństwa Europy. Szczególną rolę odgrywają tu Stany Zjednoczone: jeżeli amerykańska administracja potraktowałaby obecność wojskową w regionie jako kartę przetargową, pozycja negocjacyjna państw Europy Środkowo-Wschodniej mogłaby osłabnąć. Polityka transakcyjna Donalda Trumpa sprawia, że taką możliwość warto analizować, choć nie przesądza ona o żadnej przyszłej decyzji Waszyngtonu.
W tym kontekście rozważam również ryzyko gospodarczej dominacji silniejszych sąsiadów. Historyczne relacje gospodarcze Niemiec i Rosji, w tym wieloletnia współpraca energetyczna, pokazują, że interesy ekonomiczne potrafią wpływać na decyzje polityczne. Nie są jednak dowodem na istnienie wspólnego niemiecko-rosyjskiego planu podporządkowania Polski, ale są kontekstem naszej sytuacji geopolitycznej, czyli czynnikiem, który wpływa lub może wpływać na bezpieczeństwo naszego Kraju. Co więcej, współczesna polityka bezpieczeństwa Niemiec, przespanie pewnych momentów, bezrefleksyjna polityka emigracyjna i zagraniczna w kontaktach z Rosją, są ważnymi argumentami w tej dyspucie.
Mój scenariusz jest warunkowy: gdyby kiedyś doszło do porozumienia ponad głowami państw regionu, a obecność USA została znacząco ograniczona, mogłaby wzrosnąć podatność Polski na polityczne i gospodarcze naciski. Nie byłby to rozbiór w sensie prawnym czy terytorialnym. Byłoby to stopniowe ograniczanie realnej swobody podejmowania decyzji — swoisty «rozbiór gospodarczy», którego nie należy mylić z obecnym stanem rzeczy.
Wywiad to nie tylko kradzież tajemnic
Od lat 2016–2017, jeszcze będąc czynnym żołnierzem, zwracam uwagę na znaczenie rozpoznania infrastruktury. W debacie publicznej, jak i eksperckiej przez długi czas podobne obserwacje bywały lekceważone podobnie jak znaczenie „One Time Proxy”, czyli „Agentury Jednorazowej”: ktoś fotografuje most, interesuje się linią kolejową albo zbiera dane o drogach. „Przecież to informacje jawne’ — słyszałem.
Właśnie w tym tkwi nieporozumienie. Informacja nie musi być niejawna, aby mieć znaczenie wywiadowcze. Parametry transportowe, przebieg szlaków komunikacyjnych, infrastruktura logistyczna, dostępność obiektów i zależności między nimi mogą być ważne dla analizy potencjału państwa. Wiele takich danych jest legalnie dostępnych i ma oczywiste zastosowania cywilne. O charakterze działalności wywiadowczej nie rozstrzyga więc samo posiadanie mapy czy wykonanie zdjęcia, lecz kontekst, cel, osoba wykonująca dokumentację i jej powiązania, sposób pozyskiwania i powiązanie z innymi działaniami.
Informacyjne przygotowanie pola walki: z pojedynczych danych powstaje obraz
W wojskowym planowaniu funkcjonuje pojęcie informacyjnego przygotowania pola walki — uporządkowanego rozpoznawania środowiska operacyjnego, terenu, infrastruktury, możliwości przeciwnika i czynników wpływających na przebieg działań. W terminologii anglojęzycznej jest to Intelligence Preparation of the Battlefield (IPB), a w szerszym ujęciu także Intelligence Preparation of the Pperational Environment (IPOE).
Często ważne bywa już pojedyncze zdjęcie czy dokument lecz najważniejsza jest możliwość zestawienia wielu danych, weryfikowania ich, aktualizowania i tworzenia spójnego obrazu. Dane pozyskane dziś mogą zostać zachowane w zasobach analitycznych i wykorzystane dopiero za kilka lat. Rozpoznanie służy nie tylko sabotażowi. Może wspierać ocenę mobilności, planowanie logistyki, dobór wariantów operacyjnych i szacowanie ryzyka działań wojskowych.
Rosyjski wywiad wojskowy - GRU, działa na rzecz potrzeb wojskowych i państwowych. Jego zainteresowanie nie ogranicza się do politycznych sekretów: obejmuje również informacje użyteczne na szczeblu strategicznym, operacyjnym i taktycznym. Nie znaczy to, że każde zdarzenie rozpoznawcze w Polsce jest operacją GRU, dlatego, że działa jeszcze FSB – Federalna Służba Bezpieczeństwa oraz SVR – Wywiad Zagraniczny. W związku z powyższym należy pamiętać, że analizując serię zdarzeń, nie wolno automatycznie sprowadzać ich celu wyłącznie do przygotowania jednego aktu dywersji ponieważ Rosja od zawsze przygotowuje się do wojny, nawet takiej, której jeszcze nie mają w planach.
Indykatory, nie dowody
Wzrost liczby podejrzanych incydentów jest sygnałem ostrzegawczym. Sam w sobie nie dowodzi jednak istnienia decyzji o ataku ani konkretnego planu wojennego, natomiast dowodzi prowadzenia operacji poniżej progu wojny celem osłabienia zdolności i możliwości oraz podważenie wiarygodności Państwa a także podkopania morale społeczeństwa.
Niepokoi mnie przede wszystkim ryzyko fragmentarycznego spojrzenia. Jeśli każdy incydent oceniamy osobno, możemy nie dostrzec wzorca. Jeśli zaś każdy incydent uznamy z góry za wrogą operację, utracimy zdolność odróżniania sygnałów od szumu. Jeżeli jednak zbagatelizujemy incydenty to możemy nie zauważyć zbliżającego się zagrożenia. Koło się zamyka. Potrzebna jest świadomość sytuacyjna oparta na analizie, a nie na sensacji. Należy przy okazji pamiętać, że operacja wymierzona w Polskę jest już prowadzona. Dlatego też nie zrozumienie intencji i inspiracji adwersarza może doprowadzić do przegranej zanim cokolwiek się zacznie.
Należy zrozumieć, że w Rosji wszystko jest wojną i wszystko jest przygotowaniem do wojny. Jak w grze w szachy, aby wygrać tą od wieków trwająca konfrontację, trzeba myśleć na trzy, cztery kroki do przodu i przewidywać kroki adwersarza. Do tego też jest potrzebna zgoda narodowa, która jest jednym z filarów odporności Państwa, ale o tym innym razem.
Co z tego wynika dla Polski?
Odpowiedzią nie powinno być wyłącznie zwiększanie liczby czołgów czy systemów przeciwlotniczych, choć zdolności obronne pozostają fundamentalne. Równie ważne są odporność infrastruktury krytycznej, współpraca instytucji i przedsiębiorstw, ochrona informacji wrażliwych, analiza incydentów w długim horyzoncie oraz zdolność rozpoznawania kampanii wywiadowczych, przewrotowych, sabotażowych i dezinformacyjnych.
Państwo i podmioty zarządzające infrastrukturą powinny wiedzieć, które informacje — choć formalnie jawne — mogą nabierać szczególnej wartości po połączeniu z innymi danymi. Nie chodzi o powszechne utajnianie ani podejrzliwość wobec obywateli. Chodzi o rozumienie ryzyka agregacji informacji, odpowiedzialne zarządzanie danymi i wymianę sygnałów ostrzegawczych. Od Społeczeństwa natomiast powinno wymagać się wysokiego Reżimu Kontrwywiadowczego czyli po prostu czujności.
Zamiast zakończenia
Nie twierdzę, że wojna z Rosją jest nieunikniona. Nie twierdzę również, że istnieje potwierdzony plan militarnego szantażu, po którym nastąpi polityczno-gospodarczy podział Europy. Uważam jednak, że ograniczanie oceny zagrożenia do pytania „czy Rosja może zająć Warszawę?” jest błędem.
Rosja może próbować osiągać cele polityczne poprzez działania poniżej progu wojny, rozpoznanie, presję ekonomiczną, destabilizację i groźbę ograniczonej eskalacji. Dlatego od lat powtarzam: trzeba patrzeć na proces, nie tylko na incydent. Rozumieć, po co zbiera się informacje, jak powstaje obraz operacyjny i jakie cele można osiągnąć bez okupowania terytorium. Przede wszystkim jednak trzeba zrozumieć jak działa Rosja i Rosjanie.
Rosja nie musi przygotowywać się do podboju Polski. Może przygotowywać się do stworzenia takich warunków militarnych, politycznych i gospodarczych, w których Polska straci możliwość samodzielnego decydowania o swoim bezpieczeństwie.
I właśnie to uważam za jedno z najpoważniejszych zagrożeń, które powinniśmy umieć dostrzec odpowiednio wcześnie.
Nota redakcyjna: tekst jest autorskim komentarzem i analizą scenariuszową. Hipotezy dotyczące przyszłych działań Rosji, USA i Niemiec nie stanowią twierdzeń o ustalonych planach tych państw.
Przemysław Wardowski





Komentarze